Luz z klasą

Wojciech S. Wocław

Co chwila ktoś nas dziś wzywa do wrzucenia na luz, do wyczilowania się, do nabrania dystansu. Wyluzować można się tymczasem z klasą albo w sposób zupełnie pozbawiony smaku. Weźmy za przykład chociażby zasady klasycznego dress code’u… Nabrać dystansu można do nich na sposób niektórych rodzimych celebrytów, którzy chadzają w potarganych dżinsach na pogrzeby, po order do prezydenta albo na uroczyste gale. Można też wyluzować się ze smakiem, jak Daniel Craig podczas światowej premiery „No time to die”.

Brytyjski aktor, grający od kilkunastu lat Jamesa Bonda, na światową premierę najnowszego epizodu przygód agenta 007 założył kombinowany smoking: aksamitną marynarkę smokingową, uszytą w pracowni krawieckiej Anderson and Sheppard, czarne spodnie, białą koszulę (Turnbull & Asser) i czarną muszkę (w końcu black tie!) oraz lakierowane buty (Crockett & Jones). Największe emocje wzbudził nietypowy kolor marynarki, opisywany jako magenta lub fuksja.

Daniel Craig, fot. 007.com.

Właściwym strojem na uroczyste premiery jest smoking, czyli black tie. Klasyczna wersja takiego stroju jest wykonana z czarnej wełny, marynarka ma klapy pokryte jedwabiem. W takim wydaniu na premierze pojawili się zarówno przedstawiciele brytyjskiej rodziny królewskiej, jak i wielu gości.

Daniel Craig miał na sobie alternatywną wersję smokingu, która składała się z marynarki w innym kolorze niż spodnie. Nadal to jednak był strój typu black tie. Dawniej, smoking z marynarką wykonaną z aksamitu był zarezerwowany na „less grand affairs”, czyli pomniejsze wielkie wydarzenia, jak określa to Alan Flusser, autor kultowej książki „Dressing the Man”.

W takim wydaniu biesiadowało się w domu (oczywiście mam na myśli dom w postaci rezydencji lub skromnego pałacu), klubie czy bliskim gronie. Aksamit jest przytulny w dotyku, miękki, tworzy atmosferę ciepła i łagodności. Pasował i wciąż pasuje do takich okazji.

Daniel Craig wybiera tymczasem taki strój na uroczysty wieczór. Wrzuca na luz, ale w obrębie pewnej konwencji. Ani się z niej nie wyłamuje, ani jej nie podważa. To wyczilowany dżentelmen, ale nie agresywny rewolucjonista. To, co robi Craig to afirmacja, a nie abnegacja określonego stylu bycia i zachowania. I takie podejście do sprawy bardzo mi się podoba. 

A kolor? „Gdyby to chociaż był burgund…” — powiadają niektórzy. „Less grand affairs”, Drodzy Państwo! To uroczysta premiera filmu, a nie raut dyplomatyczny albo chociaż wręczenie nagród w branży bankowej.

Royal family, fot. 007.com.

Gdyby w kwestii dress code’u nad Wisłą naśladowano Craiga, Cumberbatcha albo Beckhama, przyniosłoby to o wiele więcej pożytku przyszłym pokoleniom niż zachwyt krainą za wielką wodą albo sentymentalne utwierdzanie się, że wzorce z epoki wielkiej betonowej płyty są wystarczające do życia. Może i są, ale co to za życie… 

Dwa dni przed premierą „No Time to Die” byłem gościem Marcina Jędrycha w internetowym radiu RMF24. Powiedziałem w rozmowie, że James Bond mógłby być ambasadorem savoir-vivre’u. Zna te zasady doskonale. Korzysta z nich kiedy trzeba i łamie je wtedy, gdy ma do tego powody. Wie jednak, co łamie, dlaczego i po co to robi. Bond ma możliwości, a nie przymusy. To czyni go wolnym człowiekiem, czyli dżentelmenem. Za to lubię tę postać.

Wielu ludzi ma wrażenie, że muszę być strasznym konserwatystą, skoro zajmuję się zasadami savoir-vivre’u. Niechętnym zmianom i wszelkim przejawom jakichkolwiek nowości. Nic bardziej mylnego. Zdaję sobie doskonale sprawę z tego, że ludzie są różni i mają pragnienie, by tę swoją odmienność wyrażać i podkreślać. Znam te potrzeby doskonale. Dlatego przez myśl nie przeszłoby mi, żeby skrytykować wybór Craiga albo powiedzieć, że coś takiego jest niedopuszczalne… Jest, ale dlatego, że wynika z wiedzy, a nie ignorancji. Dlatego, że wynika z szacunku do pewnej tradycji i konwencji, a nie nihilizmu.

Nie znoszę udawania, pozorów i tego, jak ktoś próbuje mi wmawiać, że tombak to złoto. Picasso zrewolucjonizował sztukę, ale w dziedzinie klasycznie rozumianego malarstwa był doskonały. Bardzo sobie cenię to, jeśli wynikająca z określonych potrzeb zmiana jest prowadzona z sensem. Jeśli ktoś, kto chce coś zmieniać wie zarówno „co”, jak i „po co” to robi. Dzięki temu świadkowie zmiany zyskują nie tylko zrozumienie, ale również spokój i poczucie sensu.

Lashana Lynch, Daniel Craig i Léa Seydoux,  fot. 007.com.

Zbliżając się do końca moich rozważań chciałbym przytoczyć pewną historię. Na jednym z wieczorów Krakowskiego Klubu Cygarowego zaprezentowano nam koktajl, który stworzono specjalnie na pewien konkurs cygarowy. Drink łączył porto i torfową whisky Ardbeg. Jak zdradzili twórcy — pan Szymon Kwiatkowski, od lat zajmujący się cygarami oraz znany krakowski barman Tomasz Źródłowski — drink nawiązywał do klasycznego koktajlu manhattan, składającego się z czerwonego wermutu, burbonu i kilku kropel angostury. Zamiast wermutu do prezentowanego podczas wieczory koktajlu twórcy użyli czerwonego wzmacnianego wina – porto (wermut to ostatecznie też wino). Zamiast burbonu – dymnej whiskey. Tłumacząc swoje wybory opowiadali o ewolucji samego manhatanna, który, kiedy postawał, miał być… biały. W tamtym okresie do USA nie sprowadzano bowiem jeszcze czerwonego wermutu, a burbonu nie trzeba było obowiązkowo finiszować w beczkach, które alkoholowi nadają złoty kolor (nie każda butelka zawierała więc płyn w takim kolorze). Zmieniło się to dopiero z czasem, utrwalając w naszej wyobraźni jako klasyczne późniejsze wydanie słynnego drinka. Jedno z drugiego wynika. Jedno z drugim ma związek. Jedno jest naturalną konsekwencją drugiego. To mnie zawsze zachwyca.

Wróćmy do smokingu Daniela Craiga. Wydaje mi się, że brytyjska kultura, z Bondem jako jednym z jej pop-ambasadorów jest tak trwała, ponieważ po pierwsze wie, skąd się bierze, a po drugie, nie odmawia szacunku sama sobie. Luz może mieć klasę. Relaks i swoboda nie musi mieć twarzy wujka na polskim weselu. To coś, nad czym warto by popracować w Polsce… Wiem już jednak, że to praca, którą rozpisać należy na kilka pokoleń, a nie na 5 albo 10 lat. Warto by jednak dać sobie na to szansę.

Menu