Z rękami w kieszeni

Wojciech S. Wocław

Jakiś czas temu opublikowałem na swoim fanpage’u zdjęcie z jednej ze swoich sesji zdjęciowych. Podpisałem je tak: „Każda sesja zdjęciowa wymaga tysiąca póz. Również i takich, które odwzorowują swobodę bycia, ale które są zbyt swobodne w sytuacjach oficjalnych. Tak jest w tym przypadku. Trzymanie rąk w kieszeni w czasie rozmowy z kimś czy podczas prowadzenia wykładu uważane jest za nietakt. A zatem: ręce z kieszeni! Można je trzymać przed sobą, za sobą, albo po prostu spuszczone wzdłuż ciała“. Nie dodałem, że można gestykulować, ale to oczywistość. Pan Maciej, jeden z komentatorów, napisał, że w jego opinii ręka w kieszeni podczas spotkania zmniejsza jego formalność i zbliża wykładowcę do słuchacza. W jego opinii taki gest może też pomagać w budowaniu spójności przekazu i podkreślać emocje, które wykładowca chce przekazać odbiorcom.

Zmniejszanie dystansu

W mojej opinii, w wielu sytuacjach jest nie tylko niepotrzebne, ale wręcz szkodliwe. Przyznam się, że obok „bycia sobą“ uznałbym je za jedno z najważniejszych zaklęć Wielkiej Księgi Magii Stosunków Międzyludzkich XXI wieku. Uważam, że w wielu sytuacjach zmniejszanie dystansu jest nie tylko niepotrzebne, ale i szkodliwe dla budowania wartościowych relacji. Tak jest m.in. w przypadku stosunków wykładowcy ze studentem czy przełożonego z pracownikiem.

Zachowanie pewnego dystansu w relacjach nie musi wykluczać ani wzajemnej życzliwości, ani szacunku, ani poczucia humoru. Nie musi też pozbawiać stron wzajemnej sympatii. Zachowanie dystansu nie ograbia nas z tego wszystkiego, co lubimy i czego potrzebujemy w relacji z drugim człowiekiem. Jednocześnie zabezpiecza nas przed tym, że któraś ze stron naruszy granicę, której ta druga nie chciałaby we wzajemnych relacjach przekraczać.

Im więcej słucham o potrzebie „zmniejszania dystansu“, tym częściej mam wrażenie, że bierze się z mylenia dystansu w relacji ze stosunkiem protekcjonalnym, z traktowaniem innych z wyższością.

Jeśli prezes firmy na spotkaniu ze swoimi pracownikami kładzie nogi na stole, to zmniejsza dystans czy wykazuje się brakiem szacunku wobec swoich podwładnych? A jeśli zachęca do tego współpracowników, to czy spotkanie jest jeszcze spotkaniem zawodowym czy już chillowaniem nad basenem na wczasach all inclusive? Czy pracownik, który razem z szefem trzyma nogi na stole może zapytać go o to, jak układa mu się z żoną albo ile ma na koncie? Tak w ramach zmniejszania dystansu… Czy świetny przełożony, który jest sprawiedliwy, liczy się ze zdaniem pracowników, słucha, jest opanowany, jest wymagający (względem siebie i innych), sprawiedliwy, ale jednocześnie jest z pracownikami na pan/pani (w każdą stronę), nie porusza w rozmowach spraw prywatnych, nie wychodzi z pracownikami na piwo w piątek po pracy, zachowuje zdrowy dystans czy traktuje innych z wyższością?

Mark O’Leary, autor książki „Wywieranie wrażenia na innych: o sztuce autoprezentacji“, pisze o pewnej prawidłowości w dostosowywaniu swojej autoprezentacji do innych. Mówiąc najkrócej: jeśli ktoś mówi nam więcej o sobie, to odbieramy to jako zobowiązujące do tego, by powiedzieć więcej na swój temat. Potem drugi krok, trzeci itd. Wykładowca zaczyna od stania przed publicznością z ręką w kieszeni, co w naszej kulturze uchodzi za złamanie zasad dobrego wychowania. Następnie student wychodząc do toalety zamiast powiedzieć po prostu „przepraszam“, skrupulatnie informuje, że zajmie mu to więcej czasu, ponieważ tym razem nie zamierza postać, tylko posiedzieć… Ostatecznie dystans jest już mniejszy, więc można powiedzieć więcej, niby podszywając to trochę żartem, a poza tym ujawnianie takich szczegółów przecież… zmniejsza dystans. A co dalej? Ostatnio znajoma pani profesor opowiadała mi o tym, że jedna ze studentek w czasie jej zajęć kładzie się na krzesłach pod ławką i śpi, kiedy jest zmęczona. W sali obok niej siedzi 12-15 osób. Najprawdopodobniej zmniejszyła dystans…

Mój przyjaciel, psychiatra, opowiadał mi ostatnio o tym, że mówienie do pacjenta w procesie terapii na ty mogłoby doprowadzić do powstania specyficznej relacji, w której pacjent mógłby stać się w jakimś sensie dzieckiem, a terapeuta – rodzicem. Terapeuta, który zmniejsza dystans i w sytuacji prywatnej, np. w kawiarni, pyta pacjenta, jak się czuje po ostatnim seansie, w jakimś sensie ujawnia go, naraża na pytania towarzyszących mu osób, np.: „Chodzisz na terapię?“. To przykład, jak pozorne zmniejszenie dystansu jest naruszeniem granic prywatności.

Zaklęcie „zmniejszanie dystansu“ funkcjonuje dziś nadzwyczaj często jako usprawiedliwienie braku kultury. Może pomógłby nam tu Einstein, którego słowa moglibyśmy sparafrazować tak: „Zmniejszajmy dystans tak bardzo jak się da, ale nie bardziej“. Ręce w kieszeni wykładowcy to dla mnie o krok za daleko.

Dodam w tym miejscu, że Anglosasi do trzymania rąk w kieszeni mają nieco inny stosunek. I to stąd, korytarzem popkultury i hollywoodzkich filmów przyszedł do nas i ten obyczaj. Jakie opłakane skutki przynosi zresztą to przyzwyczajenie niech zilustruje załączone zdjęcie. To naśladowanie amerykańskiego stylu bycia w mojej opinii w największym stopniu pozbawia dziś Polaków możliwości „bycia sobą“. Ale to temat na inny wpis.

I powiedzmy o jeszcze jednym. Nie wszyscy muszą sobie życzyć, by ktoś zmniejszał wobec nich dystans. Jeśli ktoś idzie do urzędu, do sklepu czy do lekarza, to ma prawo oczekiwać, by spotkana tam osoba zachowała właściwy dla danej sytuacji dystans. A zatem wobec grupy osób, wśród których są tacy, którzy chcieliby zmniejszenia dystansu i tacy, którzy tego nie chcą, lepiej go nie zmniejszać, ponieważ wprawdzie nie uszczęśliwi się jednych, ale nie naruszy się granic innych.

Ręce w kieszeni jako wyraz emocji

Jeśli taka poza jest przykładem na zajęciach z komunikacji niewerbalnej, to oczywiście ma pełne uzasadnienie, tak jak odgrywanie wszelakich scenek.

Jeśli zaś chodzi o emocje, to współcześnie w mojej ocenie przestrzeń publiczna zbyt często staje się sceną spektakli, których bohaterowie na różne sposoby podkreślają emocje, które chcą przekazać odbiorcom swoich komunikatów. Jest na świecie parę takich parlamentów, a o ile więcej sklepów, ulic, przystanków, osiedli itd. Kultura uczy jak panować nad emocjami, przynajmniej w sferze publicznej. Widzę w tym coś bardzo pożytecznego.

Menu