Pielgrzymka do grobu Gombrowicza

Wojciech S. Wocław

Podczas pielgrzymek powinny wydarzać się cuda. Tym bardziej, gdy są to pielgrzymki do grobu cadyka. Cudem peregrynacji do grobu jednego z moich charyzmatycznych przywódców duchowych, do Witolda Gombrowicza, było to, że ostatecznie na cmentarz wcale nie trafiłem. A to oznacza, że do Vence, gdzie pisarz jest pochowany, będę musiał jeszcze powrócić…

Miejscowość dzieli od Nicei niecałe 25 km. Trasa początkowo wiedzie przez przedmieścia stolicy Lazurowego Wybrzeża. W gruncie rzeczy nic niezwykłego dopóty, dopóki nie zmieni się kierunku jazdy z zachodniego na północy. Krajobraz powoli zaczyna się wypełniać mniejszymi i większymi osadami domków, schowanych pośród cyprysów i drzew oliwnych. Budynki mają ściany w odcieniach różu i koloru łososiowego, a dachy w kolorze ochry. Ziemia w tych okolicach faluje jak nieodległe morze, co sprawia, że miasteczka i wsie przypominają ulokowane na zboczach pagórków kaskady.

Widok z Sain-Paul-de-Vence po drodze do Vence.

Było po 12. Wysiadłem gdzieś w okolicach Liceum Matissa i ruszyłem Avenue de la Résistance w stronę Villi Alexandrine, w której mieszkał Gombrowicz. Tylko po to, żeby móc zobaczyć ją po raz pierwszy, ustanowić w ten sposób punkt odniesienia i ruszyć w stronę starego miasta. Między 12 a 14 muzeum nie przyjmuje gości. Na placu przy willi odbywał się targ. Sprzedawano oliwki, sery, książki, porcelanę, szkło, antyki. Przechadzałem się leniwie pomiędzy stoiskami i zastanawiałem się po pierwsze, czy ktoś te stare filiżanki, sztućce i bibeloty w ogóle kupuje, a po drugie, czy sprzedawcy, babcie i dziadkowie, wystawiają to wszystko po to, żeby tym rzeczywiście handlować czy żeby najzwyczajniej w świecie znaleźć jakiś pomysł na spędzenie kolejnego dnia…

Targ przy Place du Grand Jardin i Villa Alexandrine.

Stare miasto

Historyczna część Vence to siatka wąskich uliczek, wciśniętych pomiędzy kamienice, których ściany odsłaniają kamienne bloki. Budynki są rozplanowane gęsto, przyklejone jeden do drugiego. Przechadzając się tu i ówdzie minąłem kilka zakamarków, jakiś placyk, jedną czy drugą kawiarnię, sklep ze sztuką, warzywniak, składzik rzeczy wszelakich. W końcu trafiłem do katedry. Starszy jegomość zaprosił mnie do zwiedzenia wystawy „kościelnych skarbów“. Podziękowawszy mu po wszystkim ruszyłem w stronę wyjścia, ale coś mnie tknęło i wróciłem.

Vence. Stare miasto.

Monsieur, excusez-moi! — powiedziałem. — Jestem z Polski. Przyjechałem tutaj, ponieważ w Vence żył Witold Gombrowicz, pisarz. Zna go pan? — mój rozmówca pokiwał głową, dając mi do zrozumienia, że doskonale wie, o kim mówię. — Czy wie pan może do której kawiarni lubił chodzić?

Na Place du Grand Jardin. — odpowiedział bez wahania. Ruszyłem więc tam, skąd przyszedłem, tam gdzie postawiłem swoje niemal pierwsze kroki w Vence. Chwilę później rozsiadłem się w kawiarni i zacząłem czytać „Dziennik“ w oczekiwaniu na otwarcie muzeum.

W kawiarni przy Place du Grand Jardin. Nad kieliszkiem w oddali widać willę, w której mieszkał Gombrowicz.

Espace Gombrowicz

Tuż po przekroczeniu drzwi byłego mieszkania Gombrowicza powitała mnie po polsku pani Katarzyna Anna Kula, której zawdzięczam nie tylko wspaniałą opowieść o tym miejscu, ciekawą rozmowę, ale i ważny powód do powrotu do Vence. To obiecany spacer po mieście śladami pisarza, na który zabiera zainteresowanych. Wierzę, że wiedzie również przez miejski cmentarz…

Do Vence Gombrowicz przeprowadził się w 1964 roku, po powrocie do Europy z Buenos Aires. Po drodze na krótko był jeszcze Paryż i Berlin. Vence to ostatnie 5 lat życia pisarza, które spędził tam z pochodzącą z Kanady Ritą Labrosse (w 1968 roku zostanie jego żoną). To było zaledwie pół dekady względnie przyzwoitego bytowania, na które, jak sam twierdził, zasługiwał przez całe życie. Małe mieszkanie „z pięcioma balkonami i czterema panoramami“ mógł wynająć m.in. za pieniądze, które pochodziły z nagród. Tutaj napisał „Kosmos“ i część swoich wspomnień.

Widok z mieszkania Gombrowicza na Place du Grand Jardin i „kosmos“ Witolda Gombrowicza, czyli ekspozycja jego wybranych książek w różnych językach.

Z balkonu jego gabinetu rozciąga się widok na Château Saint-Martin. To luksusowy hotel, do którego Gombrowicz lubił przychodzić na śniadania i kawy. Musiało mu to przypominać przedwojenną Warszawę i z przedwojennych przyzwyczajeń do dobrego życia zapewne wynikało. Bywało, że odpowiadał na listy na firmowym hotelowym papierze. Czemuż inni mieliby nie wiedzieć, gdzie bywa i na co go było stać. Swoją korespondencję, obok szczodrych napiwków miał też zostawiać w różnych kawiarniach. Niektóre koperty ponoć były adresowane na nazwisko „hrabia Gombrowicz“. Mylnie, ale może to ze względu na hojność i gęsto snute opowieści o szlacheckich korzeniach sięgających XIV wieku, które budowały famę wielkiego pana. Ile prawdy w tych wszystkich opowieściach – trudno dziś powiedzieć…

Widok z balkonu należącego do gabinetu Gombrowicza. W centrum fotografii widać ulokowany na wzgórzu Château Saint-Martin. Poniżej wystawa w jednym z pokoi mieszkania Gombrowicza.

Mieszkanie i dom

W mieszkaniu znajduje się dziś muzeum Gombrowicza. Willa i pokoje zostały pięknie odnowione dzięki staraniom strony polskiej i francuskiej. Warto ten fakt odnotować, a świetne efekty tej współpracy — pochwalić. Na suficie jego gabinetu znajduje się fresk, znakomicie odnowiony przez studentów warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych. Ornament stanowił ponoć jeden z powodów, dla których Gombrowicz wybrał właśnie to mieszkanie. Zdobienie przypominało mu dom rodzinny. W jakimś sensie próbował go tu odtworzyć, również za sprawą starego zegara, który był jednym z pierwszych większych zakupów.

Sufit w gabinecie Gombrowicza i stary zegar, jeden z pierwszych zakupów Gombrowicza do nowego mieszkania. W szklanej gablocie odbija się pani Katarzyna Anna Kula, która oprowadzała mnie po wystawie.

Spotkanie z mistrzem czyli spotkanie ze sobą

Chyba wszyscy znamy skecz, w którym Maciej Stuhr odgrywa rozmowę telefoniczną swojego ojca. Rozmowę, która w finale okazuje się nagraniem na automatyczną sekretarkę. Jak refren powracają w niej słowa „Nie dzieje się nic…“. Ile razy tak pomyślałem chodząc ulicami Vence! Jeśli by ktoś oczekiwał tu fajerwerków, sztucznych ogni, waty cukrowej i karuzel — będzie zawiedziony. Czego więc się spodziewać? Chyba tylko spotkania samego ze sobą. Kolejnych pytań o siebie. Czy jednak, koniec końców, nie tego powinno się oczekiwać od mistrzów?

Ulica na starym mieście w Vence.

Menu