Czy na przyjęcie (weselne) trzeba zapraszać dzieci?

Wojciech S. Wocław

Odpowiadam od razu: nie, nie trzeba. Co więcej, w tekście będę zachęcać nawet do tego, aby urządzać przyjęcia weselne bez dzieci. Z tym pytaniem spotkałem się już kilka razy, dlatego postanowiłem poświęcić temu tematowi osobny tekst.

Jedyny „wymóg“ z którym spotkałem się w kontekście zasad savoir-vivre’u dotyczy zapraszania w parach. Jeśli więc mielibyśmy na tej podstawie sprecyzować jakąś zasadę, to brzmiałby tak: na przyjęcie ślubne zawsze przekazuj swoim gościom zaproszenia ważne dla dwóch osób. Tę regułę można by zresztą rozciągnąć na wszelkie przyjęcia, na których się tańczy. Mam zresztą wrażenie, że między innymi w dawnym stylu zabawy tanecznej jest jej źródło. Do tanga trzeba wszak dwojga… Trudno tymczasem obtańcowywać partnera albo partnerkę sąsiadowi ze stolika. Dobrze też nie zostawiać sąsiada samego, kiedy prosi się do tańca jego partnerkę i dać mu szansę zaproponować zabawę osobie, z którą sami przyszliśmy. Był to zresztą od zawsze obowiązek panów, by dbać w takich sytuacjach o panie i nie kazać im spędzać czasu bez towarzystwa. Dziś w takim miłym obowiązku możemy poczuć się wszyscy, niezależnie od płci. Heteroseksualny mężczyzna, który zostaje przy stoliku w towarzystwie geja nie musi od razu prosić go do walca. Panowie mogą po prostu dotrzymać sobie towarzystwa w rozmowie – tak, aby ktoś nie musiał wlepiać nosa w komórkę i przeglądać Instagram…

Mówiąc najkrócej: pojawienie się na imprezie w parze gwarantuje nam towarzystwo, szczególnie w chwilach, gdy wszyscy, z którymi siedzimy przy stoliku ruszą na parkiet. Chcąc więc zadbać o komfort naszych gości, stwarzamy im możliwość przyjścia z kimś. I nawet jeśli na współczesnych parkietach tańczy się w sposób, który singli nie wyklucza, lecz włącza, to wciąż na przyjęciu zdarza się wiele chwil, w których czyjeś towarzystwo jest na wagę złota… Wróćmy jednak do zaproszeń…

Osobiście znam więcej przykładów przyjęć weselnych, na które zapraszało się rodziny z dziećmi niż takich, na których bawili wyłącznie dorośli. Bywało, że gospodarze przygotowywali dla najmłodszych specjalne kąciki zabaw, a nawet zatrudniali animatorów, którzy dzieciom organizowali czas. Na pewno wiele to ułatwia rodzicom i niesie wytchnienie wszystkim dorosłym, których szanse na potykanie się o biegające wszędzie dzieci szczęśliwie maleją… Nie daje to jednak gwarancji, że da się uniknąć grymasów, pretensji, krzyków, przerywania rozmów, odciągania uwagi itd.

Nie oszukujmy się: przyjęcia z dziećmi pozostawiają dorosłym bardzo niewielki margines. Dzieci, szczególnie małe, wymagają nieustannej uwagi. Bywają zazdrosne o mamę, która chwilowo obdarza uwagą kogoś innego. Nie potrafią zachować się przy stole. Cóż, na to wszystko potrzeba trochę czasu… Czy czekając musimy jednak, my, dorośli, zapomnieć o sobie?

Nie jestem przeciwnikiem ani dzieci, ani przyjęć z ich udziałem. W mojej rodzinie przynajmniej kilka razy w roku spotykamy się w wielkim wielopokoleniowym gronie: dzieci, rodziców, dziadków, a bywało, że i pradziadków. Bardzo to lubię. Przyznam się, że wzrusza mnie to i nawet napawa pewnym sentymentem, którego stopniowe nasilanie się w większym stopniu przypomina mi o roku mojego urodzenia niż kolejne pojawiające się na mojej głowie siwe włosy… Uważam jednak, że skoro istnieją przyjęcia, w których udział biorą i dzieci, i dorośli, to istnieć mogą również i te, w których udział biorą jedynie dorośli. Ostatecznie, nawet jeśli są rodzicami, też im się należy od czasu do czasu wieczór bez ojcowsko-matczynych obowiązków i w gronie osób, których horyzont poznawczy jest trochę większy niż intelektualny rozmach przedszkolaka lub ucznia podstawówki…

Kiedy byłem dzieckiem, dalszy kuzyn mojej mamy, mój wujek, odwiedzał nas zazwyczaj w towarzystwie swojej żony, rzadko kiedy – syna i córki. Zawsze byłem tym strasznie rozczarowany, ponieważ bardzo lubiłem ich dzieci. Dziś sobie myślę, że dla moich kuzynów była to ważna lekcja asertywności. Bycie rodzicem nie wymaga bowiem unieważnienia swojego życia i poświęcenia się w stu procentach dzieciom. Wierzę, że nawet w tak ważnej roli jest trochę miejsca dla samego siebie. Myślę, że wychodząc na przyjęcie bez dzieci uczy się je w praktyce, że w przyszłości ich życie nie skończy się wraz z końcem pierwszej ciąży… 

Są w końcu i tacy dorośli, którzy nie czują się dobrze w towarzystwie najmłodszych. Ani nie lubią, ani nie potrafią z nimi rozmawiać. Nie mają ochoty się bawić i nudzą się, kiedy w centrum spotkania stają pieluszki, szczepionki, sposoby karmienia i różne szczegóły rodzicielskiej kuchni, a nierzadko i innych pomieszczeń, do których nawet królowie chadzali w samotności… Nie sądzę, by było z nimi coś nie tak. W ogólnym rozrachunku dobrze też uwzględnić ich gusta.

Jeśli więc gospodarze zapraszają nas na przyjęcie bez dzieci, to spróbujmy w tym dostrzec raczej szansę niż zagrożenie. Ta szklanka, ba!, ten kieliszek, proszę mi wierzyć!, jest w tej sytuacji do połowy pełny i ma bukiet na przykład dobrego pinota. Myślę, że znalezienie opieki dla dzieci współcześnie nie stanowi też wyzwania na miarę wynalezienia szczepionki na covid-19…

Wojciech S. Wocław

Wykorzystane w tekście zdjęcia pochodzą ze strony www.pexels.com.

Menu