Co sobie szanujemy?

Wojciech S. Wocław

W czasie mojej ostatniej wizyty w Nicei kilka razy podróżowałem tramwajem. Podczas jednej z takich krótkich przejażdżek zupełnie bezwiednie zacząłem studiować wiszący nad głowami pasażerów regulamin. Do czegóż to człowieka potrafi doprowadzić nagła nuda… Nagle sobie jednak uświadomiłem, że to, czego się zakazuje, świadczy w gruncie rzeczy o tym, co dla kogoś jest ważne i czego nie chciałby stracić. I tak kontynuując moje wycieczki i spacery, przyglądałem się już nie tylko zabytkom i ciekawym widokom, ale wszelkim tablicom informującym o tym, czego się w danym miejscu zakazuje albo… o co się prosi.

Największym zaskoczeniem okazała się dla mnie tablica, którą zobaczyłem przy Monuments aux Morts. To ogromnych rozmiarów pomnik, który mieszkańcy Nicei wystawili w hołdzie żołnierzom poległym w czasie I wojny światowej. Znajduje się u podnóża Wzgórza Zamkowego, na trasie pomiędzy starym miastem a portem. Krótko mówiąc, trudno tam nie trafić zwiedzając Niceę. Napis na tablicy głosi: 

„Miejsce kontemplacji. Zabawy, granie w piłkę, jazda na deskorolkach, wrotkach i rowerach – zabronione“. 

Tablica przy Monuments aux Morts w Nicei. 

Miejsce skupienia i kontemplacji

Nigdy przy żadnym pomniku w Polsce nie widziałem takiej informacji. Podobne pojawiają się oczywiście przy cmentarzach i miejscach sakralnych, ale nie przy obiektach upamiętniających ważne historyczne wydarzenia. Ulokowany na Placu Matejki w Krakowie pomnik bitwy pod Grunwaldem, który w czasie wszelakich świąt jest areną różnych państwowych uroczystości, na co dzień służy niektórym jako… skatepark. 

W gruncie rzeczy moglibyśmy tu postawić pytanie o nasz stosunek do pomników. Czy upamiętniają dla nas cokolwiek? Czy są miejscem skupienia, kontemplacji albo medytacji, jak można by przetłumaczyć francuskie słowo „recuillement“? Czy tylko przeszkodą, o którą potykamy się dosłownie i symbolicznie, biorąc pod uwagę coraz większe trudności w porozumieniu się co do wspólnych symboli. To jednak temat na osobny tekst…

Papierki i hałasy, czyli zaśmiecanie wspólnej przestrzeni

Na francuskich cmentarzach i w tamtejszych kościołach prosi się o to samo, co w Polsce. O zachowanie ciszy, która pomaga w skupieniu, o odpowiedni strój, o to, by nie organizować pikników i nie śmiecić. Zanieczyścić cmentarz można tu dwojako: porzucając papierki i hałasując. Przepisy porządkowe warszawskich Powązek regulują to równie krótko i w podobnym duchu: „Osoby przebywające na terenie cmentarza obowiązane są do zachowania ciszy, porządku i czystości“. W jakimś sensie odnoszą się też do idei biesiadowania. Punkt trzeci nie pozostawia wątpliwości: „Niedozwolone jest przebywanie na terenie cmentarza w stanie nietrzeźwym“. Zakazane jest też wprowadzanie zwierząt.

Brama cmentarza w Saint-Paul-de-Vence i wnętrze kościoła w Villefranche-sur-Mer.

Odpowiedni strój do… parku

Co ciekawe, wymóg odpowiedniego stroju precyzował jeszcze jeden regulamin, na który trafiłem -parków i ogrodów miasta Nicei. W wypisie, który znalazłem na wejściu do przyklasztornego ogrodu w dzielnicy Cimiez, znajdowały się między innymi zapisy zakazujące „stroju i zachowania niezgodnego z porządkiem publicznym“, „pływania w basenach i fontannach i jakichkolwiek aktywności, które mogłyby zanieczyścić wodę“ czy „wprowadzania zwierząt, również tych na smyczy“.

Brama i ogród opactwa w dzielnicy Cimiez.

Porządek w tramwaju

Wróćmy do tramwajów. Pierwsza tablica dotyczyła bezpieczeństwa, druga – spokoju przejazdu. W jaki sposób można było naruszyć to pierwsze? Wprowadzając do tramwaju niebezpieczne zwierzę albo utrudniając przejście. To drugie – używając urządzeń wydających dźwięki, pijąc alkohol na pokładzie pojazdu, kwestując czy rozdając ulotki. Po powrocie sprawdziłem regulamin krakowskiego MPK. Z grubsza rzecz ujmując traktuje o tym samym. Nie ma w nim wprawdzie mowy o zakazie wprowadzania niebezpiecznych zwierząt (cokolwiek to znaczy), ale jest powiedziane wprost, ze „w pojeździe można przewozić psy pod warunkiem, że posiadają kagańce i trzymane są na smyczy“ (paragraf 9, punkt 4).

Tramwaj, Nicea.

Święta wolność

Znam wielu Polaków, którzy by się święcie oburzyli zakazami, o których tutaj pisałem. Swoją drogą, z czego ta nasza skłonność do sprzeciwu i oburzania się wynika? Czy z nieumiejętności życia we wspólnocie? Nie dość dobrze rozwiniętego poczucia obywatelskości? Czy raczej z polskiego genu wolności? A może jeszcze z czegoś innego? Jeśli z genu wolności, to czy tak wyglądała sławetna szlachecka wolność i liberum veto? Ale nie o tym… 

Kiedy siadłem do pisania tego tekstu, zacząłem od następującego zdania: „Żyjemy w czasie, w którym wszelkie zasady, normy i regulacje są przynajmniej kwestionowane, jeśli w ogóle nie z góry odrzucane jako wsteczne i przynależne do starego, zdaniem niektórych, słusznie mijającego porządku“. Skreśliłem je jednak i zacząłem od innego, ponieważ doszedłem do wniosku, że to czasy nie tyle odrzucania zasad, ile ich rewizji i wprowadzania nowych. To nowa tura odpowiedzi na pytania, co dla nas jako zbiorowości jest ważne. Co z tego, co przeszłe pozostanie takie, a czemu, na przykład dotąd pomijanemu, nadamy ważność.

Promenada Anglików, Nicea.

Święta cierpliwość

Latem tego roku wybrałem się na wycieczkę rowerową do Tyńca. Tuż przy bramie prowadzącej na teren opactwa znajduje się tablica, która informuje, że na terenie obiektu nie wolno spożywać alkoholu, palić papierosów, a także, że należy zachować ciszę i  właściwy strój. Nieodpowiedni to zbyt krótkie sukienki, szorty, odsłonięte ramiona. Prosi się też o to, by nie wprowadzać psów. Miałem wrażenie, że wiele osób chyba nie zauważyło tej tablicy… 

Zacząłem się zastanawiać, dlaczego tynieccy benedyktyni nie wypraszają ze swoich murów ludzi, którzy nie szanują obowiązujących w nich zasad. Dlaczego w podobnym sposób nie postępuje wielu gospodarzy miejsc i okazji, których bywalcy nic sobie nie robią z obowiązujących zasad. Weźmy za przykład chociażby jakieś eleganckie wieczorne wydarzenie, na które gość przychodzi w dziurawych dżinsach i t-shircie… Może nie robią tego dlatego, że mimo wszystko stawiają człowieka ponad zasady? Jeśli tak jest w istocie, to powinno to być tym większe zobowiązanie do uszanowania tego, co dla jednych czy drugich jest ważne. Nie do tego, by uznać, że zasady są do wyrzucenia, ale że skoro opisują to, co dla kogoś jest ważne, to ze względu na tego kogoś warto je uszanować.

Nasze czasy są płynne, jak to już nie raz zostało powiedziane. Nie oznacza to jednak, że nie można być kawałkiem stali nierdzewnej w tym strumieniu lawy… 

Przed operą w Nicei.

Wojciech S. Wocław

Menu